Jestem kobietą, obecnie mam 38 lat. Moje dzieciństwo uważam za szczęśliwe pomimo, że gdy miałam 6 lat mój ojciec powiesił się.

Jednak moja matka dołożyła wszelkich starań, bym była szczęśliwa. A jednak…

Moje problemy zaczęły się, gdy miałam 17 lat. Poznałam nowych ludzi, zaczęłam brać narkotyki. Było fajnie. Jednak wciąż brakowało mi „czegoś”, w towarzystwie moje koleżanki lśniły jak gwiazdy, a ja wciąż byłam niezauważana.

Chciałam być kimś ważnym, a tu wciąż mnie ktoś wyśmiewał bo byłam wrażliwa i przejmowałam się każdym słowem i łatwo było mnie zranić, byłam miękka. Życie na dalszym planie, poza kręgiem uwagi innych. Chciałam też mieć nowe ciuchy i by liczono się ze mną.

Poznałam chłopaka, z którym byłam przez 12 lat. Były narkotyki, chodziliśmy po kasynach. Potem zostałam zauważana przez innych chłopaków i poznałam takiego, co stał na bramce w dyskotece i choć wiele dziewczyn starało się o jego względy on wybrał właśnie mnie. Byłam szczęśliwa.

Spotykaliśmy się przez rok. Po tym czasie straciłam mieszkanie, bo nie płaciłam czynszu i dostałam eksmisję. Wtedy on zaproponował mi wyjazd do Niemiec. Powiedział, że po 3 miesiącach zarobię tyle, że będę mogła kupić sobie mieszkanie. To było to, co mnie przekonało i zgodziłam się.

Po 2 tygodniach raj się skończył. Zabrano mi telefon, dokumenty, nie dostawałam pieniędzy. Gdy coś było mi potrzebne wychodzili ze mną i kupowali. Po sześciu miesiącach uciekłam, ale mnie złapali, bicia nie było końca. Potem, gdy wprawiłam sobie zęby, przekazywano mnie z rąk do rąk naliczając kary, których nie byłam w stanie spłacić.

Kiedyś poszłam kupić sobie bułkę na stację benzynową, bo byłam głodna, znowu mnie pobili, że robię krok bez ich pozwolenia. Próbowali zrywać paznokcie. Później lekarz powiedział mi, że gdybym nie była naćpana, to bym umarła z bólu. Było dużo krwi, a ja już nawet nie czułam… Ciągłe bicie, sponiewieranie, kary, nawet już nie wiem za co… Myślałam, że już koniec ze mną… Wtedy poprosiłam klienta o pomoc i… udało się uciec..

Trafiłam do ośrodka, które prowadzą Siostry zakonne. Byłam przerażona.

Jednak dziś już wiem, że nic lepszego nie mogło mi się przytrafić. Nie mówię, że było łatwo i że byłam taka - nazwijmy to przyjmująca wszystko. To zupełnie inny świat którego nie znałam. Zaprosiłam Pana Jezusa do mojego życia, powoli staję się szczęśliwym człowiekiem. Odbudowałam moje relacje z bliskimi. Wiem, że to początek i dużo przede mną. Sprawy sądowe będą się ciągnęły jeszcze nie wiadomo ile, ale nie myślę o tym, bo najważniejsza jestem teraz ja, a nie oni.

Siostrom będę wdzięczna do końca życia. Pokazały mi, co tak naprawdę w życiu jest wartością. Wiem, że to początek i takie NORMALNE życie wcale nie jest łatwe i proste. Proszę Was, byście pamiętali o mnie w swoich modlitwach, by Bóg mnie chronił i nie pozwolił odejść.