U nas na Ukrainie słyszy się czasem, że można w Polsce wpaść w ręce bandziorów, i trzeba uważać – bo zabierają dokumenty, straszą, biją, wyzywają i nie maja wyrzutów, że wycisną ciebie jak cytrynę a ty zostajesz z niczym.

Są też inni - i jest dużo takich – co przyjeżdżają, chwalą sobie pracę w Polsce – mają dobrze i pieniądze są.

Ja mam 23 lata pochodzę z niedużego miasta, u nas z pracą ciężko. Ludzie wyjeżdżają. I mi trafiła się okazja. Zadzwonił kolega, że szukają jeszcze jednego na budowę w Polsce - na 3 miesiące. Papiery oni pomogą załatwić, mają kontakty. Spanie i jedzenie będzie. Płaca bardzo dobra, pieniądze na rękę.

Wszystko się układało. Byłem zadowolony, że nie muszę jechać sam. Odebrali nas z Dworca, gdzie byliśmy umówieni. Zawieźli na miejsce, pokazali nam taki barak roboczy w odludnionym miejscu – warunki bardzo kiepskie, ale to i tak tylko na noc. Potem przyjechał szef - wydawał się taki dobry, mówił, że wie jak tam ciężko u nas i nam współczuje.Następnie postawił warunki, zmienił naszą umowę – bo z 3 tys. na miesiąc odciągnął po 500 zł za spanie i jedzenie, które on daje. Przystaliśmy na to - głupio było na początek robić problemy.

Na budowę przywozili nas i odwozili. Praca po 12 i więcej godzin - dzień w dzień, i sił już na nic nie było. Na budowie szef miał jeszcze dwóch swoich ludzi. Jeden był dobrym majstrem i dyrygował wszystkim, ale charakter miał paskudny. Wydzierał się o byle co i ciągle poganiał, a sam szedł się przespać, albo znikał.

Po miesiącu miała być pierwsza zapłata. Ale szef powiedział, że on też nie dostał za budowę od klienta – bo coś tam jest z kontami. Mój kolega zaczął się denerwować i mówić, że nie tak miało być. Drugi prosił, że pieniądze trzeba do domu wysłać, bo mają ciężko, ale szef twardo skwitował – jak on nie dostał to i nie ma z czego dać.

Chcieliśmy go postraszyć, że nie będziemy pracować, ale wtedy zwyzwał nas i kazał się wynosić. „Co to u Was na Ukrainie zawsze wszystko tak na czas jest?" – wrzeszczał i pienił się. Poszedł, a my zostaliśmy. Przeszły nam przez głowę pierwsze czarne myśli.

Za dwa dni szef przyjechał z piwem i tłumaczył, że się wkurzył, bo go podejrzewamy – ale będzie dobrze, nie mamy się martwić. Dostaniemy za 2 miesiące razem. Harowaliśmy dalej. Drugi miesiąc minął – szef nagle wyjechał na 2 tygodnie za granicę. Dał przez majstra po stówce i kazał czekać na powrót. Tym razem chciałem stamtąd uciekać, ale jak?

Chcieliśmy wydostać pieniądze. Będziemy twardzi. Czasem w nocy budziłem się oblany potem, miałem złe przeczucia, a nic nie mogłem zrobić. To było wykańczające! Dużo gadaliśmy o tym: a gdyby tak, a może tak… Teraz jeden był mądrzejszy od drugiego, że od początku trzeba było inaczej załatwiać z szefem, a nie wierzyć na miłe słówka i jakieś głupie papierki, co teraz nic nie znaczą. Policje wzywać, ale co powiemy? Nerwy były coraz większe.

W końcu szef się pojawił na budowie dał bilety na autobus i powiedział, że dzień przed wyjazdem będzie kasa, bo inaczej przehulamy zamiast do domu zabrać. Koszmar!!! Ile mieliśmy w głowie myśli.

Ale szef dotrzymał słowa, przyjechał z jeszcze jednym, by mieć świadka – dał pieniądze i po litrze wódki – na przeprosiny za zwłokę. Wszystko było dobrze. Na drugi dzień rano ktoś miał nas odwieźć na dworzec. W końcu do domu!

Ale co oni nam dali? Czy co wpuścili do baraku? Nie wiem!!! Spaliśmy jak zabici, a rano – gdy przyjechali i zrywali nas ze snu – okazało się - że nie ma pieniędzy. Zostawili – chyba dla zmyłki po kilkaset złotych. Tego nie da się powiedzieć! Wszystko było jasne – dali, by zabrać. Próbowaliśmy się szarpać, ale szybko sobie z nami poradzili. Byli przygotowani. Wyklinali nas od gnojów i innych! Sami sobie pewnie ukradliśmy, a teraz robimy kłopoty!

Tak zawsze jest z Ukraińcami! Co to za głupi naród. Zaczęli nas popychać, straszyć, jak nas załatwią i lepiej nam się zwijać stąd i nigdy nie pokazywać. Jak nie, to mają swoich ludzi, którzy zrobią z nami porządek. Dali nam parę minut na zebranie rzeczy i prawie wepchnęli do busa, gdzie było jeszcze czterech…

Wracaliśmy na Ukrainę. Ja normalnie nie płaczę, ale tym razem łzy spływały same – nie za tymi pieniędzmi, ale ze złości, bezsiły, wstydu. To miały być pieniądze na nasze wesele. Wiem, że można dochodzić praw, ale kim oni byli? Czy wygralibyśmy z nimi? Tak to cwano przemyśleli. Na początku bardzo ich przeklinałem, myślałem o zemście. Teraz chcę ich zostawić w rękach Boga. Na krzywdzie szczęścia nie ma.

Nie chciałem o tym mówić, ale może w ten sposób zrobię coś dla innych. A może usłyszą to Ci, co powinni… co nas skrzywdzili…